Komentarze rynkowe Michała Słysza
Michał Słysz
RSS
wtorek, 02 sierpnia 2011

Amerykańskie media pełne są triumfalizmu i dumy z osiągnięcia kompromisu ponad podziałami. Podkreślają epokowość, wręcz rewolucyjność proponowanych postanowień wskazując na niebagatelne cięcia, jakie wbrew swoim partykularnym i obliczonym na krótkoterminowe cele interesom, w imię narodowego dobra przyjęły obie partie.

Niech na wiwat strzelają szampany, bo oto ziściło się niemożliwe. Stany Zjednoczone Ameryki po wyczerpaniu wszystkich opcji złych nareszcie wybrały słuszną. Wbrew czarnowidzom wieszczącym koniec Imperium i schyłek jego waluty. I na pohybel nieuleczalnym defetystom, którzy w bezrozumnym zapamiętaniu gromadzą złoto, ten barbarzyński relikt z czasów ciemnoty i zabobonu, gdy o stan światowych finansów nie troszczyli się tak jak teraz przenikliwi i dalekowzroczni politycy rozświetlający swymi umysłami sale Kongresu.

Ten wiekopomny kompromis zakłada redukcję wydatków budżetu federalnego o nielichą kwotę 2,1 biliona dolarów. Tyle tylko, że po pierwsze redukcja dotyczy zakładanego deficytu, czyli ograniczania wzrostu wydatków w stosunku do planowanych, a nie zmniejszenia jego bezwzględnej wartości. Oznacza to, że dzięki ograniczeniu wydatków, przy obecnym tempie przyrostu długu, zwiększy się on w ciągu nie o 9bln a o 7bln dolarów. Po drugie redukcja wydatków rozpisana jest na 10 lat, co znaczy, że planowany na następną dekadę deficyt będzie niższy średnio o niebotyczne 10-15%. Alleluja!

Bezkompromisowe cięcie wydatków o 2,1bln USD do 2021r. jest proponowaną ceną zwiększenia limitu zadłużenia o 2,4bln (w 2 transzach) do końca 2011r. Gdy limit się wyczerpie gdzieś w 2012r. politycy znów coś wymyślą. Prawdopodobnie cięcie wydatków o 3bln dolarów w ciągu 30 lat.

Gdy piszę te słowa projekt co prawda wciąż oczekuje na głosowanie w Senacie, ale po gładkim zwycięstwie projektu w Izbie Reprezentantów jest to już tylko formalność.

Nic się zatem nie zmieniło. Jeśli rozważasz kupno złota, pamiętaj, że o zysk z tej inwestycji dbać będzie kwiat polityki militarnego i gospodarczego supermocarstwa.

 

 

niedziela, 17 kwietnia 2011

W poprzednim wpisie wspomniałem o silnym efekcie sprzężenia zwrotnego napędzającego wzrost deficytu budżetu USA. Teraz chcę pokazać jak działania FEDu, który deficyt ten finansuje już przynajmniej w połowie, prowadzą prostą drogą do inflacji.

FED stymuluje procesy inflacyjne dwiema drogami. Po pierwsze, poprzez liczne programy skupu aktywów oraz niską stopę pożyczkową doprowadza do wzrostu cen aktywów trwałych, który podwyższając koszty produkcji ostatecznie odzwierciedla się we wzroście cen dóbr konsumpcyjnych. FED wolałby rzecz jasna by zasilane darmowym pieniądzem banki puszczały całą parę w obligacje rządowe (UST) oraz akcje. Wynika to z faktu, iż inwestycje w UST pomagają FEDowi dusić długoterminowe stopy, a w ślad za tym trzymać pod kontrolą koszty pożyczkowe budżetu oraz niezrealizowane straty na gigantycznych pozycjach swapowych na stopy procentowe w bilansach banków, ograniczać oczekiwania inflacyjne i utrzymywać pozory życia na rynku nieruchomości. Zakupy akcji wspomagają efekt bogactwa, który pomógł Greenspanowi pompować kolejne bańki w latach 90-tych, i który desperacko pragnie przywołać również Bernanke.

Niestety im więcej dolarów sypie Bernanke, tym mniej są skłonni beneficjenci darmowego pieniądza by przeznaczać go na zakupy obligacji i (do pewnego stopnia) akcji. Dochodowość tych inwestycji zależy bowiem od oczekiwanych zmian w poziomie inflacji, a te wskutek działań FEDu rosną. Ochrona przed nadchodzącą inflacją sprawia, że coraz więcej pieniędzy lokowanych jest w surowce i metale monetarne. Wzrost cen surowców przekłada się na wzrost oczekiwań inflacyjnych, który dodatkowo zniechęca do kupowania UST na rzecz surowców. To pierwsze sprzężenie zwrotne, które przy odpowiedniej sile zdolne jest nakręcić sprężynę hiperinflacji.

Drugim samonapędzającym się mechanizmem transmisji impulsów monetarnych na ceny dóbr konsumpcyjnych jest skupowanie UST przez FED.

Zanim przejdę do sedna, kilka zdań wstępu. Stopniowe odrywanie dolara od parytetu złota mające swoją kulminację w ogłoszeniu niewypłacalności USA w 1971r., miało bardzo istotne długofalowe skutki dla budżetu USA. Przyspieszyło ekspansję państwa opiekuńczego, które uczestniczyło coraz aktywniej w tych sektorach gospodarki, w których Amerykanie dotąd doskonale radzili sobie sami, przyniosło rozrost administracji i bezproduktywnych wydatków zbrojeniowych. Wydatkom tym, z powodu powolnego wypierania sektora prywatnego oraz migracji produkcji do Azji w ostatnich latach, nie towarzyszył adekwatny wzrost dochodów podatkowych. W efekcie budżet USA wykazuje od 1969 rokroczne deficyty (z wyjątkiem lat 1998-2001) skutkujące stopniowym powiększaniem się długu, którym te deficyty były finansowane. Przez pewien czas (lata 70-te) wzrost zadłużenia miał pozytywne acz doraźne skutki ekonomiczne i zadłużenie udawało się utrzymywać na stabilnym poziomie. Z czasem produktywność dodatkowego dolara długu obniżała się, co odzwierciedlało się w rosnącej relacji długu do PKB, aż w pierwszej dekadzie XXIw. zbliżyła się do zera. Oznacza to, że obecnie deficyt finansuje nie tyle rozwój gospodarki co zachowanie jej status quo, obsługę narosłego już długu i wydatki militarne.

Dla obecnych działań FEDu istotne jest, że bezpośrednim następstwem powięszkania się długu było rosnące uzależnienie gospodarki i budżetu USA od niskich stóp procentowych. Niski koszt długu sprzyjał, a z czasem stał się niezbędny do finansowania coraz większych dziur w budżecie oraz wydatków na konsumpcję, która z racji słabnącej konkurencyjności gospodarki USA, zdominowała wydatki inwestycyjne i eksport jako główny składnik PKB. Gdyby FED siedział teraz na rękach, nie angażował się w bezpośrednie finansowanie deficytu poprzez skup UST, długoterminowe stopy procentowe byłyby dużo wyższe. Otworzyłoby to drogę do gwałtownego dostosowania w sektorze bankowym oraz prawdopodobnie do znacznego cięcia wydatków budżetu. Byłoby to najbardziej bolesne dla budżetu i jego beneficjentów (m.in. sektora zbrojeniowego), banków (m.in Goldman Sachs) z monstrualnymi pozycjami na derywatach na stopy procentowe, przewyższającymi wielokrotnie pozycje na CDS (to te które doprowadziły do kryzysu z 2008r.) i posiadaczy kredytów hipotecznych. Czyli w zasadzie wszystkich, wyłączając tylko przedsiębiorstwa, które mają dużą nadpłynność. FED nie może więc pozostać obojętny. Za pośrednictwem kilku banków (z Goldman Sachs na czele) kupuje UST, nie licząc się ze skutkami dostarczania w ten sposób pieniądza bez pokrycia do gospodarki.

Męczy się Bernanke, bo wie co robi, ale nie ma wyjścia. Pocieszające jest tylko to, że nie pomęczy się długo. To już ostatni akord trwającego w USA od prawie 100 lat psucia pieniądza. Już uruchomiło się bowiem drugie sprzężenie zwrotne – im więcej FED kupuje UST, tym bardziej realne staje się widmo wysokiej inflacji, która zje wartość już wyemitowanego długu, tym więcej obligacji sprzedają przestraszeni wierzyciele USA, tym więcej FED kupuje itd. Zagraniczni inwestorzy przeznaczają uzyskane ze sprzedaży dolary m.in. na zakup surowców wzmacniając opisaną wcześniej inflację kosztową, inwestorzy amerykańscy na zakup innych aktywów (przykładowo największy w świecie fundusz powierniczy PIMCO zamienił wszystkie posiadane papiery rządowe na m.in. obligacje korporacyjne). Potężna siła tego efektu mierzona jest po pierwsze dotychczasowym ogromnym zadłużeniem, które determinuje potencjalną podaż UST i co za tym idzie ilość pieniądza bez pokrycia, które wyemituje FED, by tę podaż zrównoważyć, po drugie potrzebami pożyczkowymi budżetu (które nawet przy założeniu niskich kosztów finansowania długu będą rosły ze względu na olbrzymie pozabilanowe zobowiązania rządu).

Podsumowując, FED napędza inflację dwiema drogami. Po pierwsze poprzez wzrost kosztów produkcji, będący skutkiem pompowanej przezeń bańki na rynku surowców. Po drugie dostarczając dolary podmiotom gospodarczym, na rzecz których budżet federalny ponosi wydatki (gospodarstwa domowe, wybrane gałęzie przemysłu i usług, wierzyciele rządu). Sprężyna, która nakręcała się przez dekady teraz wystrzeliwuje z wielką siłą. Patrzcie na złoto i srebro, bo to one, a nie "zarządzany" przez FED rynek UST, pokazują dokąd zmierzają światowe finanse.

wtorek, 16 listopada 2010

Już w 2003 roku wypatrywałem sygnałów końca hossy na amerykańskim rynku nieruchomości i nie mogłem się nadziwić dlaczego nie chce on przyjść. Przewidywałem rychły koniec świata, katastrofę, upadek, armagedon... Cóż...pomyliłem się bagatela o kilka lat wzrostów. Jak wiadomo, timing jest na rynkach wszystkim, więc ta dalekowzroczność wielkiej chluby mi nie przynosi. Kierowany katastroficzną wizją przyszłości swoją uwagą zwróciłem na rynek metali monetarnych. W cieniu szalejącej hossy na rynku nieruchomości, która napędziła tak nieoczekiwane dla mnie wzrosty cen akcji, złoto cicho nabierało krzepy. Wizja krociowych zysków czekających na śmiałków gotowych kupować spółki będące w bessie od 20 lat sprawiła, że instytucja, w której wówczas pracowałem była z pewnością jedyną w Polsce, która inwestowała aktywa klientów w akcje kopalń złota i srebra. Złoto było w moim baśniowym wyobrażeniu wygnanym królem światowego systemu finansowego, którego tron zajmował tymczasowo dolar - cwaniakowaty przybłęda dzierżący władzę na mocy protekcji możnych bankierów, lichwiarzy i producentów armat.

 

Gwarancją rychłego końca ich rządów miało być prawo malejących korzyści krańcowych. Powiększanie się długu i towarzyszący wzrost ilości dolarów w obiegu mają rację bytu tak długo, jak kolejna porcja długu przynosi dochód przekraczający odsetki. O tym, że pieniądze wydawanie są coraz mniej produktywnie przekonywał rosnący udział banków w amerykańskim PKB (w 2007r. ok. 40% zysków S&P500!), usług związanych z obsługą spekulacji na szalejącym rynku nieruchomości i ulubiona rozrywka ostatnich rządów USA czyli wyprawy z armatami na muchy. Deprywatyzacja rynku stóp procentowych i podporządkowanie go bankowi centralnemu, która była głównym celem rozerwania stałego parytetu wymiany dolarów na złoto, dała efekty drugiej rundy – przy sztucznie zaniżanym koszcie kredytów, zasoby (praca i kapitał) były często wykorzystywane w sposób nieefektywny, co sprzyjało powstawaniu baniek spekulacyjnych.

 

W konsekwencji prędzej czy później musiał przyjść taki moment, w którym wysysana z żywotnych soków gospodarka nie była w stanie zaoferować Amerykanom pracy i płacy na poziomie usprawiedliwiającym dalsze zadłużanie się. Od tego momentu, czyli od 2009r., Amerykanie spłacają długi, a M2 i M3 zaczynają delikatnie się zmniejszać. Problem polega na tym, że spłata długów przez sektor prywatny wymaga wzrostu zadłużenia w sektorze publicznym. Skądś bowiem trzeba dolary na spłatę długu wziąć. Budżetowi dolarów dostarczają podatnicy, co nie ma sensu o tyle, że oni ich najbardziej potrzebują (stąd pomysł by zwiększyć zdolność do obsługi zadłużenia gospodarstw domowych poprzez obniżenie podatków osobistych), finansujący deficyt partnerzy handlowi USA reeksportujący dolary tam skąd przyszły oraz FED. W tym punkcie teraz jesteśmy i z satysfakcją stwierdzam, że tak to sobie z grubsza wyobrażałem tych kilka lat temu.

 

Dalszy ciąg zdarzeń widzę następująco: sektor publiczny, który chcąc nie chcąc wypełnia lukę po ograniczających wydatki gospodarstwach domowych i zmniejszających inwestycje przedsiębiorstwach, trwoni zasoby (bo to potrafi najlepiej). Skutkiem tego kontynuowany jest trend obniżania konkurencyjność gospodarki i stagnacji (lub spadku jeśli wierzyć shadowstats.com) dochodów realnych Amerykanów. W tych warunkach przedsiębiorstwa nadal bardzo niechętnie inwestują. Wskutek paraliżu sektora prywatnego maleją wpływy podatkowe do budżetu, a znaczne usztywnienie wydatków pogłębia deficyt. Deficyt zwiększa rentowności obligacji długoterminowych, od których uzależniona jest duża część kredytów hipotecznych. Niższe dochody rozporządzalne gospodarstw domowych prowadzą do ograniczenia ich wydatków i w konsekwencji inwestycji przedsiębiorstw. Skutkiem czego maleją dochody budżetu i rośnie deficyt..itd...itd

 

W ten bardzo schematycznie nakreślony proces w każdej chwili może wkroczyć Chińczyk, oznajmić, że ma tego dość i zwiększyć sprzedaż obligacji rządu USA*. Podwyższy to dodatkowo rentowność długu USA intensyfikując cały proces. W całą zabawę może również (i tak się stanie) po raz kolejny (trzeci, czwarty, piąty...) wkroczyć FED kontynuując skupowanie obligacji czyli współczesną formę drukowania „pustego pieniądza”**. Kolejne porcje dostosowań ilościowych (QE) napędzą hossę na rynku surowców, których rosnące ceny będą zwiększać CPI***. Na wzrost CPI odpowiedzą długoterminowe stopy, co...zgadza się, zintensyfikuje cały opisany powyżej proces.

 

Jak będzie czas pokaże, ale w ostatecznym rozrachunku skończy się to tak jak wszystkie dotychczasowe eksperymenty z pieniądzem niewymienialnym na złoto – całkowitą utratą jego wartości.

 

*jeśli tylko uzna, że rynek wewnętrzy dostatecznie mu okrzepł, a bardzo mocno tego pragnie (patrz plan na lata 2014-2020)

**scislej kazdy pieniadz niewymienialny na zloto po stalym kursie jest pusty

***choćby nie wiem jak fałszowany, odsyłam znów do niesłychanie wartościowej strony www.shadowstats.com

 

niedziela, 22 sierpnia 2010

W rozmaitych sondażach partiotyzmu, poczucia dumy narorodowej itp, Amerykanie zajmują nieodmiennie pierwsze miejsce. Hasło “We are number one” mocno wrosło w amerykańską mentalność stając się istotą “amerykańskiego stylu życia”. Bezkrytycznemu optymizmowi nie sposób odmówic pewnego wdzięku, w rodzaju tego, który ma baran próbujacy rogami obalić solidny płot, trzeba też przyznać, że niejeden raz wyciągał on gospodarkę z opresji. Negatywnym skutkiem radosnego przekonania, że “będzie dobrze” jest jednak życie na kredyt i niespłacalny dług.

 

To w jakim stopniu przekonanie o własnej wyższosci jest efektem celowych działań propagandowych, a na ile niskiemu poziomowi edukacji Amerykanów jest kwestią do dyskusji. W tym miejscu chcę się skupić na najczęściej przywoływanych kryteriach nowoczesności i ocenić jak wg nich wypadają USA.

  1. Wolność ekonomiczna. Wpływowy waszyngtoński think-tank uznał, że w 2009r. USA nie zasłużyły na miejsce w elitarnej grupie państw o gospodarce rynkowej. USA są wciąż na wysokim 8 miejscu w tej klasyfikacji, jednak ich pozycja z każdym rokiem słabnie i spośród dużych gospodarek w 2009r. USA odnotowały największy spadek. Warto wspomnieć, że w tej grupie państw system wolnorynkowy najbardziej umocnił się w Polsce.

  2. Demokracja w życiu publicznym. W rankingu brytyjskiego tygodnika The Economist w 2008r. USA zajmowały w tej kategorii 18 miejsce w świecie pomiędzy Japonią i Czechami. Ranking bierze pod uwagę m.in. swobody obywatelskie, funkcjonowanie rządu i pluralizm partyjny.

  3. Wolność prasy. Mimo znacznego awansu z 36 na 20 miejsce w rankingu Reporterów Sans Frontieres za 2009r., pod względem wolności prasy USA w dalszym ciągu znajdują się za większością państw europejskich. Awans USA zawdzięczają głównie poluzowaniu knebla przez B.Obamę, choć w dalszym ciągu na terenach okupowanych przez USA (Irak i Afganistan) prasa podlega ostrej kontroli.

  4. Jakość usług medycznych. Mimo największych wydatków na opiekę zdrowotną w świecie, mających się jeszcze powiększyć wskutek wprowadzanej reformy systemu świadczeń zdrowotnych, World Health Care report umieszcza w tym rankingu USA na 37 miejscu, pomiędzy Kostaryką i Słowenią. Szczegółowe zestawienie plasuje USA na 31 miejscu pod względem umieralności niemowląt (pomiędzy Słowacją i Rosją), na 30 miejscu pod względem średniej długości życia (pomiędzy Bośnią i Hercegowiną a Cyprem) i w piątej dziesiątce pod względem przedwczesnej umieralności dorosłych (za wszystkimi krajami Europy Zachodniej, a także m.in. Chile, Albanią i Tunezją).

  5. Ilość osadzonych w więzieniach w relacji do populacji. Tu USA wiodą zdecydowanie prym. Pytanie czy jest się czym szczycić...

  6. Poziom korupcji. Publikowany co roku przez Transparency International wskaźnik postrzeganej korupcji w 2009r. umiejscowił USA na 19 miejscu pomiędzy Wielką Brytanią i Barbadosem (skala od najmniejszej do największej korupcji). Wskaźnik budzi wiele kontrowersji, jako że bazuje na subiektywnej ocenie obywateli. Nie widać jednak powodu do przypuszczń, że Amerykanie są bardziej krytyczni wobec swojej władzy niż inne nacje, a zatem do kwestionowania miejsca USA w rankingu.

  7. Pomoc międzynarodowa. USA szczycą się największym udziałem w międzynarodowej pomocy dla krajów ubogich i rozwijających się. Jednak przyjmując właściwszą miarę szczodrości Amerykanów, czyli ich donacje w stosunku do dochodów, odnajdujemy USA na niezbyt chwalebnym 19 miejscu. Inną kwestią jest fakt, iż niemal cała pomoc międzynarodowa asygnowana z budżetu federalnego trafia do Afganistanu, Iraku i Pakistanu czyli faktycznie służy realizacji interesów amerykańskiej korporatokracji.

     

    To oczywiście jedynie kilka subiektywnie wybranych kryteriów. Warto jeszcze wspomnieć o stale pogarszjącej się pozycji USA w klasyfikacjach jakości edukacji szkolnej (35 miejsce w świecie), szybkości łącz internetowych (15 miejsce w świecie), stopnia wykorzystania energii ze źródeł odnawialnych (27 miejsce w świecie).

    USA tracą stopniowo uprzywilejowana pozycję na światowej scenie gospodarczej, czemu towarzyszy obniżanie jej konkurencyjności. Wyjątkowy status dolara jako waluty transakcyjnej na rynkach surowcowych i głównego aktywa rezerwowego banków centralnych potrzymywane są już wyłącznie przez siłę polityczną za którą stoi hegemonia militarna. Ta jednak również z czasem będzie słabła. Koniec epoki USA i dolara oznacza wielki powrót złota. Warto obstawić ten trend!

piątek, 26 marca 2010

Czwartego marca 2010r. senatorzy John McCain and Joseph Lieberman przedłożyli Senatowi projekt ustawy nazwanej “The Enemy Belligerent Interrogation, Detention and Prosecution Act of 2010". Wyrażonym expicite celem ustawy jest wyłączenie spod cywilnego postępowania sądowego zarzutów o działalność terrorystyczną i przekazywanie podejrzanych pod zarząd wojskowy. Obejmowałoby ono zatrzymanie, przesłuchiwanie i proces podejrzanego przed sądem wojskowym bez przysługujących mu prawa do obrony i prawa do zachowania milczenia podczas procesu.

Lieberman uzasadnił swój projekt w prostych żołnierskich słowach: "To nie są zwykli kryminaliści.To zbrodniarze wojenni i powinni być traktowani zgodnie z zasadami obowiązującymi w czasie wojny". Odnosząc się do przesłuchania niedoszłego sprawcy zamachu bombowego z 25.12.09 U.F. Abdulmutallaba, McCain stwierdził, że wskutek odczytania mu jego praw po godzinnym przesłuchiwaniu przez FBI podejrzany przestał mówić. "Amerykanie są tym głęboko wzburzeni. My również jesteśmy". Odebranie prawa do zachowania milczenia (czytaj tortury) mogłoby dostarczyć "wartościowych informacji".

 

Kto może być uznany za „wrogiego bojownika” (enemy belligerent), a tym samym pozbawiony prawa do procesu cywilnego? Czy zakres działania ustawy ograniczy się do terrorystów, czy może być rozszerzony na innych - w tym, potencjalnie nawet praworządnych obywateli USA, niewygodnych dla rządu?

Wg projektu ustawy definicja "wrogiego bojownika" może być interpretowana na wiele sposobów. Oznacza ona osobę, która podejrzana jest o jedno z poniższych:

a) zaangażowała się w działania wojenne przeciwko Stanom Zjednoczonym i jej partnerów koalicyjnych,

b) celowo i materialnie wspiera działania wymierzone przeciw Stanom Zjednoczonym i jej koalicjantom,

c) była członkiem al-Kaidy w momencie zatrzymania.

 

Niektórzy spośród podejrzanych „wrogich bojowników” po przesłuchaniu mogą stać się "zatrzymanymi o wysokiej wartości", jeśli:

a) stanowią "potencjalne zagrożenie" dla cywilów i obiektów cywilnych lub

b) stanowią "potencjalne zagrożenie" dla personelu wojskowego USA lub urządzeń wojskowych lub

c) posiadają "potencjał wywiadowczy" (innymi słowy mogą prowadzić działalność szpiegowską) lub

d) są członkami al-Kaidy lub grupy terrorystycznej powiązanej z Al-Kaidą lub

e) w innych przypadkach, wg uznania Prezydenta.

 

Dodanie ostatniego punktu sprawia, że "zatrzymanym o wysokiej wartości" może zostać praktycznie każdy, kto prowadzi działalność w jakikolwiek sposób zagrażającą władzy Prezydenta. Oczywiście przeciętny Amerykanin nie powinien się czuć zagrożony przez skutki tej ustawy. Nie można tego jednak powiedzieć o organizacjach i osobach krytykujących coraz większą władzę Prezydenta i coraz większą ingerencję w każdy zakątek życia obywateli.

 

Najistotniejszą kwestią jest współmierność środków prawnych zagrażających podstawowemu prawu człowieka – prawu do wolności i faktycznej częstości zamachów, którymi te środki prawne są oficjalnie uzasadniane. Nate Silver (amerykański statystyk, jeden ze 100 najbardziej wpływowych ludzi świata 2009 wg The Time) wyliczył , że w ciągu ostatnich 10 lat miało miejsce 6 uprowadzeń samolotów przez terrorystów: cztery 11.09.2001r. przypisywane bojownikom Al-Kaidy, jeden w 12.2001r (shoe bomber) i jeden wspomniany powyżej z 25.12.2009r. - lot NWA 253. Oznacza to, że jedno porwanie przypada na dystans równy 48 tysiącom odległości z Ziemi na Księżyc lub na 3105 lat spędzonych w powietrzu (http://www.fivethirtyeight.com/2009/12/odds-of-airborne-terror.html).

 

Najbardziej oczywistym dowodem na nieobecność zagrożenia terrorystycznego w USA jest fakt, że żadnemu z liderów neokonserwatywnego ruchu, który patronuje ideologicznie i personalnie „wojnie z terrorem” nie spadł dotąd włos z głowy. USA rozprawiają się z domniemanymi przywódcami Al-Kaidy i Talibów zabijając ich, tak samo postępuje Izrael z przywódcami palestyńskimi (np. niedawne zabójstwo Al-Mabhouh'a – jednego z przywódców Hamasu). Logicznie byłoby założyć, że Al-Kaida, która jest rzekomo potężną organizacją terrorystyczną chociaż spróbowałaby zabić któregoś z licznych i słabo chronionych przedstawicieli neokonserwatywnego establishmentu. Ich nazwiska i wpływ na zniszczenia i ofiary w Iraku i Afganistanie są przecież powszechnie znane, a w porównaniu do przywódców Al-Kaidy i Hamasu są oni praktycznie bezbronni. Jeśli Al-Kaida, jak stale przypominają media, jest w stanie stworzyć zagrożenie dla dużych skupisk ludzkich w USA, powinna chyba również być zdolna na zabicia choć jednego ze znienawidzonych „sług Wielkiego Szatana”, czyż nie?

11:52, michal.slysz
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 marca 2010

ANALIZA TECHNICZNA


 

W zeszłotygodniowym komentarzu zwróciłem uwagę na słabość złota w okolicach 1135 i wskazałem możliwość zejścia ceny do poziomu 1100-1120. Ubiegły tydzień potwierdził te obserwacje i nieco poprawił obraz techniczny rynku. Ruch w górę z obecnych poziomów ukształtowałby prawe ramię odwróconej głowy z ramionami, która dałaby bykom dużo większe szanse przy kolejnym starciu z niedźwiedziami na poziomie 1135. Zasięg formacji (ok.100USD) mógłby potencjalnie zaprowadzić rynek na poziom grudniowych szczytów.


Dużo w tym jest gdybania, jednak za takim rozwojem wypadków stoi kilka przesłanek. Pierwsza to sezonowość, która w kwietniu będzie wyraźnie działać na korzyść byków. Druga to słabość USD, który wyraźnie stracił siły in na obserwowanej przez graczy parze EURUSD. Trzecia to rozsypująca się w ostatnich tygodniach korelacja rynków akcji i złota, która sprawia, że ewentualne spadki indeksów nie muszą pociągnąć za sobą cen metali monetarnych.


RSI spadło poniżej 50 i do wsparcia na poziomie 40 trochę mu brakuje. MACD dał sygnał sprzedaży. Złamana została linia miesięcznego trendu, lecz nie ma to większego znaczenia gdyż, stało się to zanim ukształtowała się jakakolwiek formacja zapowiadająca zakończenie korekty (czyli w fazie budowania bazy pod dalsze wzrosty). Zniesienia Fibonacciego dają całkiem niezłe pojęcie o obszarach potencjalnych oporów.


 

Srebro zachowało siłę względem złota, którą wykazuje się od miesiąca i utrzymuje się ponad linią miesięcznego trendu wzrostowego (analogiczny trend na złocie został zakończony). Siła srebra sprowokowała graczy do spekulacji, że banki, które utrzymują od wielu lat duże krótkie pozycje, zmniejszają je przed zaplanowanym na 25.03 posiedzeniem CFTC (amerykańskiego regulatora rynku futures). Odczyt w ostatniego piątku (z danymi do 9.03) tego nie potwierdza, pokazując w pozycji commercials spory przyrost krótkich pozycji.

RSI idzie w bok razem z ceną srebra. Podobnie MACD.


ANALIZA FUNDAMENTALNA


W ubiegłym tygodniu dokonano podziału smakowitego tortu prowizji od sprzedaży europejskich obligacji rządowych o szacowanej łącznej wartości 250mld Euro. Po raz pierwszy od 5 lat w konsorcjach oferujących obligacje są praktycznie same banki europejskie (poza Morgan Stanley, który jest 10-ty na liście). Uzasadnia się taką decyzję niską wiarygodnością amerykańskich instytucji finansowych i ich nadmierną skłonnością do ryzyka. Czyżby jakieś ślady sensu i sprawiedliwości w chorym świecie finansów?

 

Mohamed A. El-Erian, jeden z zarządzających największym funduszem powierniczym świata PIMCO stwierdził, że „pogarszający się stan światowych finansów publicznych może mieć konsekwencje dużo dalej idące niż jest to powszechnie dostrzegane i rozumiane”. Potencjalne zagrożenie wynikające rosnącego zadłużenia rządowego pojmowane jest „przez wąski pryzmat Grecji”. Faktycznie „zwiększający się ciężar zadłużenia w krajach uznawanych za rozwinięte, takich jak USA, oznacza, że mogą one mieć gorsze perspektywy od krajów rozwijających się”. Zaznaczył, że „w skrajnym przypadku może dojść do ich bankructwa i konfiskaty [ich zagranicznych aktywów]”.


W FT znaleźć można było analizę nt wyborów chińskiego State Administration of Foreign Exchange (SAFE). Żaden inny rynek poza obligacjami w USA i Euro nie jest wystarczająco duży, aby zaabsorbować dywersyfikację największych rezerw walutowych bez poważnych wahań. Rynek złota dla odmiany jest niezwykle wrażliwy nie tylko na realne zakupy złota przez Chiny, ale również na pogłoski i informacje o chińskich zamierzeniach. Przykładowo w zeszłym tygodniu cena złota spadła 3 USD/oz w godzinę po komentarzu przedstawiciela SAFE, że Chiny będą "ostrożne" w dodawaniu większej ilości złota do rezerw walutowych i złoto nigdy nie będzie dużą częścią portfela SAFE. Nie będzie bo, przynajmniej przy obecnych cenach złota, nie może być. Przy obecnej cenie zwiększenie udziału złota w rezerwach LBCh zaledwie o 1 punkt procentowy rocznie zwiększyłoby światowy popyt o 28%! Chiny będą kupować złoto, ale trudno sobie wyobrazić by wypełniły nim skarbiec LBCh po brzegi.

niedziela, 07 marca 2010

SYTUACJA TECHNICZNA

 

Złoto ma wyraźne problemy w okolicach 50% zniesienia spadków z ostatnich 3 miesięcy (1135USD/oz). Po pokonaniu tej przeszkody kolejnym oporem jest 61,8% zniesienie (1157USD/oz) gdzie znajduje się też styczniowy lokalny szczyt. Ponad tym poziomem nie złoto nie ma drodze nic aż do grudniowego szczytu (1227USD/oz). Wydaje mi się, że cofnięcie do poziomu 1100-1120 byłoby złotu bardzo potrzebne i przygotowałoby do trwałego pokonania wymienionych oporów.

 

RSI zbliża się do poziomu 60. MACD potwierdza wzrosty.

 


 

Srebro rośnie tak szybko jak wcześniej spadało. Zmienność i nieprzewidywalność srebra jest zdumiewająca, poziomy wsparć i oporów nie dają ostatnio wartościowych wskazówek. Linia trendu daleko poniżej obecnej ceny dając dużo miejsca na spadki bez poważnego pogorszenia sytuacji technicznej. RSI na poziomie 62, MACD potwierdza trend daleko od poziomów wykupienia.

 

 

SYTUACJA FUNDAMENTALNA

 

Znów pojawił się w newsach G. Soros, który stwierdził, że przyszłość Euro jest wciąż niepewna, niezależnie od drakońskiego programu oszczędnościowego przyjętego ostatnio przez grecki parlament. Nie można się z tym nie zgodzić, w przeciwieństwie do niedawnych komentarzy nt złota. Grecki program oszczędnościowy jest bez wątpienia dobrą informacją dla Greków, nie zmienia on jednak faktu, że ryzyko niewypłacalności grupy krajów ochrzczonych wdzięczną nazwą PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania) stale rośnie. Nie powinien więc dziwić „kolankowy odruch” rynku, który doprowadził do umocnienia USD względem Euro.

Na marginesie, w moim odczuciu w tym i następnych tygodniach EURUSD będzie rosło, co na pewno nie będzie przeszkadzać złotu i srebru.

 

Tymczasem do stworzenia unii walutowej z Ukrainą i Kazachstanem przymierza się Rosja. Plan jest dalekosiężny i nie należy oczekiwać, że ziści się w ciągu miesięcy. Jest to jednak kolejny w ciągu ostatnich kilku lat symptom procesu demonopolizacji USD w regionalnych rozliczeniach handlowych.


Indie, oprócz zakupów banku centralnego, odbudowują zapasy na rynek detaliczny. Import w styczniu wzrósł 19-krotnie w porównaniu ze styczniem 2009r. i wyniósł 34 tony (1,5% rocznej światowej produkcji).

 

Przypomniał o sobie również Bank Centralny Wenezueli, który potwierdził prowadzoną od kilku lat politykę zwiększanie rezerw złota zapowiadając chęć nabycia 20 ton wyprodukowanego w kraju złota.

 

Sporo zamieszania zrobiły plotki dotyczące ewentualnego zakupu 191 ton złota MFW przez Chiny. Najpierw potwierdziła je rosyjska Prawda powołując się na źródła bliskie LBCh, które później okazały się niewiarygodne. Następnie ukazało się kilka raportów, które dowodziły że Chiny nie zamierzają kupować złota MFW w obawie przed rozchwianiem rynku. Jak dotąd Chiny prowadziły politykę informowania o zakupach dopiero po ich dokonaniu i można się spodziewać, że to się nie zmieni.


Kevin MacLean z Sentry Select Capital Corporation w wywiadzie dla Emirates Business stwierdził „Chiny i Rosja (MS - pierwszy i piąty producent złota) będą nadal zatrzymywać u siebie całość wytworzonego złota. Chiny realizują długoterminową politykę zwiększenia udziału złota z obecnych 1,5% do 15% rezerw, również Rosja gromadzi złoto w dążeniu do pozbycia się aktywów dolarowych. Zadłużenie USA rośnie w tempie 2,2bln USD rocznie. W ciągu 5 lat może być trudno o nowych nabywców T-bonds, jeśli nie będą one zabezpieczone złotem”.


Rozczarowujące 400mln USD to rezultat ostatniego IPO przeprowadzonego przez kolejny fundusz inwestujący w fizyczne złoto ( Sprott Physical Gold Trust). Zarówno osoba zarządzającego funduszem (John Embry), jak i brak możliwości substytucji złota fizycznego złotem papierowym (kontraktami futures) czynią z funduszu dużo lepszą propozycję od największego ETFa – Gold SPDR.



poniedziałek, 22 lutego 2010

SYTUACJA TECHNICZNA


Wybicie poniżej 1075, które obstawiłem w poprzednim komentarzu posłużyło do wyczyszczenia najsłabszych długich pozycji, które zostały wyrzucone z rynku umieszczonymi pod tym poziomem zleceniami stop-loss. Notowania złota bardzo szybko powróciły powyżej 1075, a następnie opuściły formację klina.

W zasadzie nie widać teraz technicznych przeszkód dla kontynuacji wzrostów. Wzrost notowań złota jest najbardziej prawdopodobny zarówno ze względu na kształt 3-miesięcznej struktury (klin) jak i z powodu nieosiągniętego jeszcze poziomu wynikającego z półtorarocznej formacji odwróconej głowy z ramionami (1300USD/oz)

MACD znajduje się poniżej poziomu równowagi i rośnie. RSI na neutralnych poziomach.

 

Wykres srebra jest mniej jednoznaczny. Z impetem pokonana została linia trendu, a wzrost z poziomu 15USD/oz może z czystym sumieniem być uznany za ruch powrotny. Jednak w razie kontynuacji wzrostów notowań złota srebro, które jest daleko od rekordowych poziomów sprzed 2 lat powinno szybko nadrabiać stracony do złota dystans.

 

SYTUACJA FUNDAMENTALNA

Sekretarz Skarbu T.F. Geithner „uspokoił” rynki oświadczając, że „dług USA nigdy nie straci najwyższego ratingu AAA”. Ten pan ma wyjątkową zdolność do wykluczania zdarzeń, które następują niedługo potem.

 

Podobnie jak G.Soros, który niedawno stwierdził, że rynek złota jest w stadium „bąbla spekulacyjnego” i że nie ma alternatywy dla USD. Jednocześnie jego Soros Fund Management kupuje złoto i zwiększa zaagażowanie w największym ETFie inwestującym w złoto ( SPDR Gold Trust). Na 31 grudnia 2009 jest to największa pozycja w jego funduszu (663 mln USD). Każdy orze jak może, ale sianie podobnego defetyzmu i jednoczesne duże zakupy pana Sorosa wytłumaczyć może tylko trudność w nabywaniu dużych ilości złota.

 

Jeśli rynek złota staje się za ciasny dla dużego co prawda, ale jednak pojedynczego funduszu to co dopiero mówić o tak grubych rybach jak Ludowy Bank Chin, który desperacko próbuje się uwolnić od USD i stoi przed beznadziejną sytuacją braku alternatyw. Departament Skarbu USA ogłosił w zeszłym tygodniu, że wobec sprzedaży przez LBCh obligacji skarbowych USA o wartości 34mld USD, największym zagranicznym wierzycielem USA stał się ponownie zaprzyjaźniony Centralny Bank Japonii. Co LBCh kupuje w zamian? W ubiegłym tygodniu ogłosił zakup (poprzez China Investment Corporation) 4,5 ton złota w postaci certyfikatów ETFów. To że LBCh zdecydował się na ETF, który dopuszcza inwestowanie w kontrakty zamiast fizycznego złota również może być potraktowane jako sygnał ostrzegawczy, że większe ilości złota mogą być trudno dostępne po obecnych cenach. A apetyt LBCh na złoto jest dużo większy niż mizerne 4,5 tony...

 

W tym kontekście informacja o planowanej sprzedaży drugiej części z 403,3 ton przeznaczonych do sprzedaży w 10.2009 przez MFW nie powinna napawać byków niepokojem. Pierwszą część połknął głównie Centralny Bank Indii uprzedzając LBCh, który okazał się zbyt elastyczny cenowo. Nie będzie dla mnie dużym zaskoczeniem, jeśli pozostałe 191,3 tony LBCh kupi szybko z premią do rynku spot.Tak czy inaczej zapowiedź sprzdaży przez MFW nie ma absolutnie żadnego negatywnego znaczenia dla rynku złota.

 

W czwartek FED podniósł o 25pb stopę dyskontową, po raz pierwszy od ponad 3 lat. Nie zmienia to na jotę fatalnej sytuacji budżetu USA. A inne waluty wydają się uczestniczyć w wyścigu z USD w kierunku dna. Wyrazem competitive devaluation jest m.in. spadek kursu EUR/USD, który zbyt często przywoływany jest w komentarzach jako determinanta notowań złota.

niedziela, 31 stycznia 2010

SYTUACJA TECHNICZNA


W zeszłotygodniowej analizie zwracałem uwagę na duże prawdopodobieństwo korekty na rynkach akcji, argumentując, że powinno to na razie chłodzić zapał do odnawiania długich pozycji na złocie. I rzeczywiście. Jak dotąd dodatnia korelacja między aktywami ryzykownymi a złotem trwa. SP500 straciło w zeszłym tygodniu 1,6%, ropa 1,8, a miedź aż 9%. Złoto na tym tle wykazało się względną siłą tracąc jedynie 1%.

Swoje znaczenie potwierdził w zeszłym tygodniu poziom 1075, testowany dwukrotnie. Jak na razie przewagę w tych okolicach mają byki, jednak spodziewam się, że wraz z pogarszającymi się nastrojami wokół rynku akcji, poziom ten zostanie przez podaż pokonany.

Dlaczego spodziewam się kontynuacji spadków na rynkach akcji? Światowa gospodarka to narkoman w stanie przedagonalnym. Zeszłoroczny strzał morfiny wystarczył tylko do odroczenia zgonu. Tym razem „zjazd” pacjenta powinien być szybszy niż przy poprzednich reanimacjach ze względu na ewidentny brak przełożenia impulsu fiskalnego na wzrost wydatków konsumpcyjnych. Jest to pierwszy przypadek w długiej historii choroby gospodarki amerykańskiej, kiedy nie obserwujemy prokonsumcyjnego działania „efektu bogactwa”. Częściowo dlatego, że wzrost „bogactwa” dotyczył jedynie akcji (inflacja nie objęła nieruchomości), a częściowo z powodu wzrostu skłonności do oszczędzania sektora prywatnego.

Tak więc oczekując dalszych spadków cen akcji i surowców będę obserwował rynek złota pod kątem jego siły względem tych grup aktywów.

RSI spadło poniżej 40, co jest negatywnym sygnałem. MACD pozostaje w obszarze ujemnym.

Srebro straciło w ubiegłym tygodniu 4,7%. Po pokonaniu wsparcia na 16,75 niedźwiedzie bez problemów doprowadziły cenę do kolejnego istotnego poziomu 16 dolarów za uncję. Przy tak dużej zmienności srebra nie zdziwiłbym się gdyby choćby chwilowe uspokojenie na rynku akcji zostało wykorzystane do skorygowania dużych spadków z ostatnich dwóch tygodni.

RSI blisko poziomu wyprzedania (32,8), MACD kontynuuje spadki poniżej poziomu równowagi.

SYTUACJA FUNDAMENTALNA

Jedną z najistotniejszych zeszłotygodniowych informacji jest wprowadzenie przez SEC przepisu umożliwiającego funduszom rynku pieniężnego zawieszanie umorzeń. Fundusze te są najważniejszym rezerwuarem płynności dla pośredników finansowych. Wobec faktu, że liczba bankructw banków nie maleje (6 nowych tylko w zeszłym tygodniu – http://www.fdic.gov/bank/individual/failed/banklist.html) posunięcie to należy interpretować jako przygotowanie do kolejnego kryzysu płynnościowego włącznie ze zmasowanymi wypłatami z banków. O problemach banków pisałem w komentarzu grudniowym i od tego czasu one tylko narastają. Jeśli dojdzie do runu na banki złoto wystrzeli mocno w górę.

Konsumenci tym razem nie chcą się nabrać na „efekt bogactwa” i niechętnie decydują się na zakup nowego auta lub TV, uradowani wzrostami cen akcji. Nadzwyczajną skłonność do oszczędzania, jaką „niespodziewanie” ujawniają amerykańscy konsumenci mogą wyjaśnić np fakt iż 1/8 zadłużenia na kartach kredytowych wydawanych przez sieci sklepów jest niespłacana czy informacja Food Research and Action Center, o tym że aż 18% gospodarstw domowych nie miało przynajmniej raz w 2009r. środków na zakup żywności.

Zanim Wall Street ostatecznie wydrenuje Amerykanów z ostatniego centa możemy jeszcze liczyć na próby podtrzymania gospodarki poprzez wydatki budżetowe. Ponieważ „efekt bogactwa” podtrzymujący konsumpcję już nie zadziała (z przyczyn wspomnianych powyżej) ich celem mogą być tylko inwestycje np. infrastrukturalne, finansowane deficytem, tak długo jak starczy na to cierpliwości wierzycielom USA.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

SYTUACJA TECHNICZNA


Złoto straciło w zeszłym tygodniu 3,4% schodząc w obszar oporu w granicach 1075-1100USD/oz. W zeszłym tygodniu pisałem o dużym prawdopodobieństwie testowania średniej 100-sesyjnej. Właśnie tam złoto znalazło w piątek wsparcie. Teraz rodzi się pytanie: czy jeśli rynki akcji rozpoczęły dłuższą korektę wzrostów (lub kończą właśnie prawie roczną korektę w bessie) to jaka będzie skłonność złota do podążanie w dół za aktywami ryzykownymi? Doświadczenie uczy, że w warunkach likwidacji długich pozycji na rynkach akcji i rynkach towarowych, złoto początkowo spada wraz z nimi. Jako aktywo ucieczki zaczyna działać dopiero gdy zamknie się znaczna część pozycji spekulacyjnych.

Szansa, że mamy do czynienia ze końcem korekty wzrostowej na rynku akcji jest bardzo duża. Po pierwsze, gwałtownie wyhamował wzrost podaży pieniądza w USA, co jest rezultatem rozpoczętego procesu naprawy bilansu sektora prywatnego (analiza Briana Prettiego). Po drugie, akcje są ekstremalnie drogie. Wg danych na koniec listopada wskaźnik P/E dla S&P 500 wynosi obecnie 85. Niekorzystna sytuacja na rynku akcji powinna skłaniać do ostrożności chętnych kupić złoto, tak długo, jak na tym rynku dominują spekulanci. Piątkowe dane Commitment of Traders Report potwierdzają wciąż bardzo wysokie zaangażowanie netto traderów na poziomie ponad 240tys kontraktów.

RSI jest w bardzo ważnym punkcie, gdyż spadek poniżej poziomu 40 może sprowokować następną falę sprzedaży. MACD zawrócił w dół powyżej poziomu równowagi i wszedł w strefę ujemną co jest negatywnym sygnałem. Przebita w dół została też linia trendu rozpoczętego w 10.2008r.



Srebro spadło w zeszłym tygodniu 7,6%. RSI, podobnie jak z w przypadku, złota znajduje się w pobliżu niebezpiecznego poziomu 40. MACD daje negatywny sygnał po zawróceniu poniżej poziomu równowagi. Tu również mamy naruszenie linii trendu. W przeszłości wiele razy srebro strząsało słabych graczy z długich pozycji fałszywymi wybiciami poniżej trendu, by zaraz potem zawrócić i rozpocząć gwałtowne wzrosty. Jednak w odróżnieniu od tych sytuacji obecnie mamy bardzo byczy sentyment, objawiający się wysokim zaangażowaniem spekulantów, co zwiększa wiarygodność wybicia.


SYTUACJA FUNDAMENTALNA

Rosja intensywnie działa w kierunku pozbycia się nadmiaru dolarów ze swoich rezerw. W ubiegłym tygodniu poinformowała o zamiarze nabywania kanadyjskich dolarów i denominowanych w tej walucie papierów wartościowych. Rosyjski bank centralny jest też jednym z najsilniej deklarujących chęć uzupełniania swojego skarbca złotem.

Wzrost PKB Chin w IVQ 2009 na poziomie 10,7% przywrócił obawy o inflację napędzaną boomem kredytowym i gigantycznym rządowym pakietem stymulacyjnym. Rząd chiński, myślący zawsze kilka ruchów do przodu, zliberalizował rynek złota już w 2005r., a teraz aktywnie zachęca Chińczyków do lokowania oszczędności w złocie (znakomita analiza tego zagadnienia autorstwa Adriana Asha). Inflacja jest sprawą drażliwą politycznie w Chinach, jako że może zagrozić rosnącemu bogactwu Chińczyków legitymizującemu władzę partii komunistycznej.

 
1 , 2 , 3