![]() |
środa, 14 stycznia 2009
Czy USA są państwem policyjnym?
Poniższy tekst wyraża prywatne opinie i poglądy autora. Wg Popularnej Encyklopedii Powszechnej państwo policyjne to państwo, w którym system prawny lub praktyka działania aparatu państwowego pozbawia obywatela ochrony przed organami bezpieczeństwa publicznego, które w sposób nie kontrolowany mogą stosować środki represji; charakterystyczne dla systemów dyktatorskich i totalitarnych. Wikipedia odwołująca się do definicji zaczerpniętej z „Dictionary of World History” precyzuje tę ogólną definicję. Wg niej państwo policyjne sprawuje ścisłą kontrolę nad społecznym, politycznym i ekonomicznym życiem swoich obywateli. Doświadczają oni ograniczeń w przemieszczaniu się, wyrażaniu politycznych i innych poglądów, które są przedmiotem monitorowania przez państwowe służby. Dalej definicja stwierdza, że kontrola polityczna może być sprawowana przez tajne służby działające poza konstytucyjnie określonymi ramami. Aby zweryfikować często podnoszoną tezę o zwiększającej się represyjności ustroju społecznego w USA należy przyjrzeć się kluczowym elementom konstytuującym państwo policyjne w myśl przytoczonych wyżej definicji. W pierwszej kolejności przyjrzyjmy się różnym aspektom kontroli codziennej aktywności obywateli. Mimo, że często niewidoczna i niedoświadczana bezpośrednio stanowi ona najgłębiej przenikającą tkankę społeczną formę władzy totalitarnej. Jej wpływ rozszerza się stopniowo często za przyzwoleniem samych obywateli, którzy oddają część wolności w zamian za iluzję spokoju i bezpieczeństwa. Przypominają się tu słowa Benjamina Franklina: „Ci, którzy poświęcają swą wolność w imię bez bezpieczeństwa nie zasługują na jedno ani na drugie. I w konsekwencji oba tracą”. Z zarzutem o szeroko zakrojone gromadzenie informacji o użytkownikach Internetu i przekazywanie ich FBI spotkał się AT&T, w związku z działaniami wymierzonymi przeciw nielegalnej dystrybucji filmów w sieci. W innym ujawnionym incydencie FBI zebrała jednorazowo prywatne dane (wydatki w kasynach, hotelach, sklepach etc) o setkach tysięcy ludzi zgromadzonych w Las Vegas w ostatnich 2 tygodniach 2003r. Podobne zdarzenie miało miejsce w Las Vegas dwa lata później, kiedy FBI uzyskała dane ok. miliona osób odwiedzających to miasto. Przestrzeń prawną dla tych i innych przypadków kontroli prywatności mieszkańców USA stworzył uchwalony w 10.2001 Patriot Act. Rozszerzył on m.in. zakres stosowania National Security Letter (NSL), który jest nakazem ujawnienia FBI i innym agencjom rządowym poufnych i prywatnych informacji o klientach, kontrahentach i innych podmiotach związanych z adresatem listu. Otrzymanie tych informacji nie wymaga nakazu sądowego, a adresat fakt udzielenia informacji ma obowiązek zachować w tajemnicy. Brak nadzoru sądowego otwiera drogę do nadużyć. Wg wewnętrznego audytu FBI bazującego na skromnej 10% próbce, w okresie 2002-2007r. FBI złamało prawo aż w ok. 1000 przypadkach, w większości otrzymując od firm telekomunikacyjnych i usługodawców internetowych zapisy rozmów i emaili. New York Times powołuje się na raport Głównego Biura Rachunkowości, który stwierdza, że ok. 75% spraw zakwalifikowanych wstępnie jako „antyterrorystyczne” faktycznie miało zwykły kryminalny charakter. Nadużycia w wykorzystywaniu NSL potwierdza też Główny Inspektor Departamentu Sprawiedliwości, który określił liczbę NSL wydanych przez FBI w latach 2003-2006 na ok. 200tys. Trudno przypuszczać by w USA było tak wiele osób posądzanych o działalność terrorystyczną.
Inną kwestią jest, co w istocie spowodowało zawalenie się budynków 1,2 i 7, zburzenie skrzydła Pentagonu oraz „katastrofę” w Shankville. Druzgocące argumenty przemawiają za tym, że cała operacja przeprowadzona została przez agencje USA, stawiające sobie za cel stworzenie pretekstu do rozszerzenia politycznej kontroli obywateli USA. Wobec braku naturalnych wrogów największa potęga militarna świata na użytek wewnętrznej polityki stworzyła własnego. Celowo piszę jedynie o „wewnętrznej polityce”, gdyż w moim głębokim przekonaniu, okupacja Iraku i Afganistanu nie jest wyrazem polityki zagranicznej USA. Służy nie „zajęciu strategicznego przyczółka w regionie”, „kontroli zasobów ropy”, czy innym przywoływanym często w mediach celom. Sens okupacji tych krajów zamyka się w zamówieniach rządowych dla kilkunastu koncernów amerykańskich na uzbrojenie o wartości ok. 300 mld USD rocznie. W tym kontekście nie należy się dziwić amerykańskiej administracji, że marginalizuje grupy sprzeciwiające się działaniom wojskowym w Iraku. Potwierdzają to doniesienia American Civil Liberties Union (ACLU), który stwierdza, że „FBI i lokalna policja zaangażowane są w zastraszanie i prześladowanie obrońców prawa człowieka, mimo, iż nie naruszają oni prawa”. Wg działacza ACLU „Gdy FBI (…) bierze za cel grupy w rodzaju Food Not Bombs wielu Amerykanów, którzy są przeciwni polityce rządu będzie się obawiać głośno wyrażać swoje poglądy”. Przykładem jawnej dyskryminacji opozycji wobec rządu USA jest akcja, w ramach której nowojorska policja zatrzymała i zebrała informację o prawie 2000 uczestnikach legalnej acz antyrządowej demonstracji przed Konwencją Republikanów w 2004r.
Sytuacja ekonomiczna większości Amerykanów szybko się pogarsza. Załamanie się systemu kredytowego USA i następująca w konsekwencji recesja z rosnącym bezrobociem i spadającymi dochodami pchnęła amerykański system społeczno-ekonomiczny jeszcze mocnej w ręce finansowego establishmentu. Akcjonariusze FED i grupka osób działających w imieniu Departamentu Skarbu decydują o rozdziale bilionów USD dedykowanych na rozmaite plany pomocowe. Nic dziwnego, że te gigantyczne kwoty (łącznie ponad 7bln USD z czego wydano już ponad połowę) przeznaczone zostały na ratowanie „papierowej arystokracji” (banki Wall Street, AIG, Freddie, Fannie itd.) czyli tych samych podmiotów, których chciwość doprowadziła system finansowy na skraj przepaści. Prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat (drogą finansującej plany ratunkowe inflacji pieniądza) jest chyba najbardziej cynicznym, bo ukrytym, wymiarem opresyjności rządzących USA.
środa, 16 lipca 2008
Układ z Jekyll Island
„Pozwólcie mi tworzyć i kontrolować pieniądze państwa, a ja nie dbam o to, kto ustala jego prawa” Nathan Mayer von Rothschild Kontynuując rozpoczęty w poprzednim wpisie wątek psucia pieniądza zapraszam dziś na krótka podróż w czasie do miejsca gdzie wszystko się zaczęło. Jest rok 1910. Siedmiu nowojorskich bankierów reprezentujących m.in. J.P. Morgana, National City Bank, Banker’s Trust i Kuhn, Loeb&Co spotyka się na Jekyll Island – w prywatnym kurorcie należącym do J.P. Morgana i jego kilku przyjaciół. Panowie reprezentowali ok. 1/6 światowego bogactwa więc ich wspólna wycieczka wzbudziła uzasadnione zainteresowanie mediów. Jako jej oficjalny powód podawano polowanie, faktyczny cel był jednak znacznie mniej trywialny - opracowanie zarysów nowego systemu bankowego, w którego centrum stanie Bank Rezerwy Federalnej. Mózgiem operacji był Sir Alfred Rothschild działający poprzez zaufanych Jacoba Schiffa i Paula Warburga. Zadaniem zięcia Rockefellera - Senatora Nelsona Aldricha miało być nadzorowanie procesu legislacyjnego w Senacie. Rozmowy były burzliwe, bo choć zebranych jednoczył wspólny interes temperamenty były rożne. Aldrich, typ apodyktyczny, trudno tolerował tyrady Warburga słusznie mającego się za największego eksperta w sprawach bankowości w tym gronie, któremu późniejszy Federal Reserve Act zawdzięcza większość najważniejszych paragrafów. Produktem kilkudniowej pracy był, firmowany przez Aldricha, szkic projektu, który w maju 1911 został przedstawiony do publicznej oceny. Zainteresowane banki wyasygnowały 5mln USD (ok.100mln w dzisiejszych dolarach) na publiczną kampanię agitującą za ustawą. Była ona przedstawiana jako remedium na monopole (elastyczna podaż pieniądza miała obniżyć rynkowe stopy zwiększając konkurencje w rożnych branżach przemysłu) czy na zmienność rynków. Amerykanie mieli świeżo w pamięci panikę z 1907 roku, kiedy wskutek gremialnego wycofywania kredytów przez nowojorskie banki doszło do recesji, a rynek akcji spadł 50%. Wówczas to Schiff z ostrzegał w Senacie, że jeśli nie powstanie bank centralny z pełną kontrolą kredytu, USA czeka wiele podobnych panik w przyszłości. W podobnym tonie wypowiadał się też wtedy Woodrow Wilson – gubernator New Jersey, który poparciu dla planu Aldricha zawdzięczał późniejszą prezydenturę. Te właśnie obawy twórcy projektu chcieli wykorzystać. Społeczny sprzeciw wobec monopolu Wall Street w najważniejszej dla gospodarki kwestii – kreacji pieniądza oraz wobec samej osoby Aldricha był duży. Adrichowi nie pomagała nawet agitacja w należącym do niego The Independent. Z projektu usunięto zatem jego nazwisko, wprowadzono kilka nieistotnych zmian i 19 grudnia 1913r. odświeżona ustawa Glassa-Owena została przyjęta przez Senat. Cztery dni później, gdy większość kongresmanów i senatorów wróciła do swych rodzin na Święta, ustawę w wielkim pośpiechu przyjęła Izba Reprezentantów, a prezydent Wilson podpisał. FED stał się faktem. Obywatele USA otrzymali w prezencie świątecznym system zdolny do kreacji pieniądza (kredytu) nieograniczonej ilością zabezpieczającego ją złota. W tym celu dotychczasowe gold certificates zostały zastąpione przez federal reserve notes – dzisiejszą walutę USA. Dolar stał się z aktywa wymienialnego na złoto, środkiem płatniczym emitowanym w zamian za zaciągnięty dług (przez rząd USA w FEDzie czy podmioty prywatne w bankach). Możliwość zwiększania podaży dolarów ponad posiadane rezerwy złota otworzyło też drogę do szybkiego wzrostu długu publicznego. Nieprzypadkowo powstaniu FED towarzyszyły poprawka do Konstytucji legalizująca podatek dochodowy oraz wprowadzenie progresywnej skali podatkowej. Przenieśmy się szybko do roku 2008. Powyżej jest wykres przedstawiający skutki jakie nowy system miał dla amerykańskiej waluty. Siła nabywcza USD spadła od 1913r. 20-krotnie, a dwukrotnie w ciągu pierwszych 6 lat funkcjonowania systemu! Zadłużenie rządu USA, które w 1912r. wynosiło niecałe 3mld USD, teraz przekracza 9,5bln – w ciągu niecałych 100 lat wzrosło ponad 3000 razy! Na naszych oczach system pieniądza-długu powstały wiek temu bankrutuje. Kryzys rozpoczął się od kredytów subprime - w tej niszy światowej gospodarki gdzie kredyt/pieniądz najłatwiej trafiał do najgorszych dłużników. Recesja będzie powoli zataczać coraz szersze kręgi obejmując kolejne branże chronione przed naturalną korektą przez coraz mniej stymulujące dawki długu. Implozji światowego systemu finansowego i zapaści gospodarczej towarzyszyć będzie rosnąca świadomość pierwotnych przyczyn obecnego kryzysu tj. niekontrolowanej ekspansji kredytu. Z czasem coraz głośniej będzie się mówić o konieczności reorganizacji światowego systemu finansowego i oparcia go na bardziej trwałych fundamentach niż interesy banków. A złoto czeka długa droga do odzyskania statusu pieniądza.
piątek, 27 czerwca 2008
Jak politycy dbają o inflację
Prezesi banków centralnych po obu stronach oceanu gniewnie pohukują na inflację w zbożnej ufności, że to ją odstraszy i pójdzie sobie paskuda precz. Do chóru włączają się politycy słusznie nawołując ceny żywności i energii by spadły. Ile w tym sensu? Tyle co zawracaniu kijem Wisły. Z bezsensem działań polityków równać się może tylko ich obłuda. To rządy w pragnieniu zwiększenia zasobności swoich obywateli idą drogą na skróty, zwiększając wydatki ponad dochody i w konsekwencji produkując pusty pieniądz. W Wielkiej Brytanii inflacja pieniądza M3 przekracza 13%, w Europie prawie 14%. W USA zaprzestano publikacji tego ważnego wskaźnika uzasadniając to wysokim kosztem pozyskiwania danych (kilkaset tysięcy USD), co samo w sobie jest szczytem obłudy. Szacunkowo M3 rośnie tam w tempie 14% - najwyższym od początku lat 70-tych (złoto zaczynało wówczas wielką hossę). Helikopter Ben, zgodnie z obietnicą z czasów gdy był członkiem Rady Gubernatorów FED, walczy z implozją bilansów banków dostarczając im na życzenie dowolną ilość gotowizny. Jeśli nazywasz się JPMorgan możesz pójść po 30 miliardową bezzwrotną pożyczkę do FED nawet jeśli zabezpieczeniem są bezwartościowe aktywa Bear Stearns lub kalesony babci. Obecne psucie dolara nie ma precedensu w historii, nawet Greenspan miał więcej skrupułów. I to Departament Skarbu określa mianem “strong dollar policy”!? No cóż, można sobie wyobrazić jaka panikę na rynku walutowym wzbudziłby gdyby zgodnie z prawdą stwierdził “tak, naszym celem jest utrata wartości dolara, lecz nie chcemy byście stracili do niego zaufanie”. Zważywszy ile dolarów nagromadziło się w świecie od czasu uwolnienia ich od parytetu złota 38 lat temu – obligacje amerykańskie i dolar zostałyby zmasakrowane. No dobrze - powie ktoś - ale skoro jest tak źle to dlaczego CPI-U (Consumer Price Index for All Urban Consumers - przyp. red.) w USA wynosi tylko 4%? Po pierwsze za sprawą postępu technologicznego który sprawił, że te same dobra produkuje się coraz taniej i oszczędniej. Po drugie dzięki globalnemu podziałowi pracy polegającemu na tym że Chińczyk sprzedaje towary do USA, a zarobione dolary odsyła skąd przyszły w zamian za wątpliwej wartości obietnicę ich zwrotu w dalekiej przyszłości. Trzeci powód to manipulowanie wskaźnikiem… i tu makiaweliczna przewrotność polityków ujawnia się po raz kolejny. Przy wyliczaniu CPI-U dostosowuje się cenę dobra do zwiększonej użyteczności np wraz z dwa razy szybszy komputer lub sprawniejszy samochód obniża ten komponent inflacji o połowę. Bez tych matactw CPI-U wynosiłby teraz 8%! Niesmacznie dwulicowe ze strony polityków i drwiące z elementarnej wiedzy ekonomicznej publiczności jest w tym kontekście przypisywanie spekulantom winy za wysokie ceny surowców . Pusty śmiech mnie bierze gdy słucham tych wynurzeń. Aluminium, cynk czy złoto są notowane po cenach niewiele wyższych od kosztu ich produkcji! A ropa i miedź? – zapyta ktoś - tam koszty produkcji są znacznie poniżej obecnych cen… Ropa i miedź są w stanie chronicznego niedoboru i ceny jakie się za nie płaci są głównie funkcją ilości dolarów w portfelu kupującego. A ta globalnie w ciągu 4 ostatnich dekad wzrosła 30-krotnie! To nie surowce zyskują na wartości – to papierowe waluty ją tracą. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||